# 107
W roku 1976 pojechałem na Bread and Puppet Theatre oglądać teatr uliczny. Aktorzy chodzili na szczudłach, mieli kukły, a choć generalnie mówili o bardzo ważnych sprawach społecznych, głównie politycznych, używali języka światła, języka bardzo wesołego. Przeżyłem szok, bardzo mi się to nie podobało. Myśmy żyli wtedy w kręgu Ósmego Dnia, tam musiała być ciemność, krzyk. I ja tej wesołości nie mogłem zaakceptować. Obok mnie siedziała dziewczyna, z którą przyszedłem, i ona natychmiast zareagowała na moje oburzenie. Powiedziała mi, że w tej wesołości, neverlandzie jest wartość. On nie należy do świata komplikacji europejskich, świata ciemności, intryg czy nierozwiązywalnych prawd, to jest wyprawa w prostotę myślenia. Dopiero później, w Ameryce, nauczyłem się myśleć prosto, bez robienia min. Przed wyjazdem grzebałem w ironii i wypowiadałem zdania, których nikt nie mógł zrozumieć, bo mi się wydawało, że na tym polega życie. A życie polega na tym, żeby mówić prosto, żeby nie budować skomplikowanych konstrukcji, nie konfundować ludzi. Nie wysyłać fałszywych informacji ani o sobie, ani o innych. I to jest główna zaleta Ameryki. Ona uczy, że nie ma co tańczyć w poprzek, wokół, tylko jak chce ci się jeść i proponują ci obiad, to mówisz: "Tak, dziękuję", a nie mówisz: "Nie, dziękuję", i dopiero muszą trzy razy zaproponować, żebyś powiedział: "Zjem trochę". Od razu mówisz: "Tak, bardzo dziękuję, bo jestem głodny".
Najsztub pyta: "Boję się bać"

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz